MĘTLIK

Ten, w którym podejmuję wyzwanie

Rise and shine!! Dzwoni budzik. Otwieram oczy, wszystko wygląda normalnie, ale czuję, że coś nie gra. Zbyt wiele części ciała boli mnie, żebym mogła poczuć się wyspana i zbyt mało, żeby przykuło mnie to do łóżka. Obowiązki wzywają, życie czeka. Wchodzę do łazienki gotowa zakończyć ten tydzień z klasą, ale szczoteczka do zębów spada mi na podłogę. W duszy śmieję się i już wiem, że muszę podjąć to wyzwanie. To nie będzie mój dzień. Witaj soboto! Krok pierwszy zaliczony.

Wchodzę do pracy, wszystko wygląda normalnie. Cisza w eterze, jak to przy sobocie, pracują tylko wybrańcy losu. Wstawiam wodę na kawę i czekam. Moja wina. Wody jest za dużo, gotuje się zbyt długo. Wsypuje, zalewam, wypijam 3 łyki i już muszę iść. Kawa stygnie. Krok drugi zaliczony.

Odpalam kompa. Wszystko wygląda normalnie. Otwieram pocztę i okazuje się, że pracy będzie więcej niż przewidywałam. Programy, które są mi potrzebne, żeby rozesłać co trzeba i komu trzeba, nie działają. Próbuję raz, drugi, dziesiąty, piętnasty. No kuźwa nie działają! Krok trzeci zaliczony!

Nie poddaję się, jeszcze będę zwycięzcą, chociażby dlatego, że w ogóle mnie to nie rusza. Sytuacja jest dynamiczna, a jeszcze wczoraj mówiłam, że lubię, jak życie mnie zaskakuje. Zbiera się chmura i rośnie, aż będzie na tyle pełna, żeby wylać na mnie wszystkie fajne zaskoczenia jakie ma. Jak kubeł zimnej wody. No masz! Jak lubisz, to cię zaskoczę. Dobrze, że dzisiaj jest ciepło.

Po 10 godzinach niezłej gimnastyki wygrywam. Wszystko zrobione, nic nie spłonęło, jeden zero dla mnie. Wszystko wygląda normalnie.

Wracam do domu, po drodze małe zakupy, dzień powoli się kończy. Wino, makaron, sos. Nic więcej mi nie potrzeba. Pewnym krokiem udaję się w kierunku kas. Płacę, pakuję, wychodzę. Docieram do domu. Teraz prysznic i koniec. Kolejny atak bólu przypomina mi jednak, że zapomniałam kupić lek przeciwbólowy. Wciągam buty i wracam do sklepu. Krok czwarty zaliczony.

Jestem wygrana! Teraz już na pewno jest koniec. Kładę się do łóżka spełniona, zmęczona i zadowolona…a może nawet szczęśliwa. Lubię wyzwania, a po takim dniu nie mam wyrzutów sumienia, że cena prosecco, które kupiłam, była wyższa od ceny całego jedzenia. W końcu trzeba mieć jakieś priorytety.

3 komentarze

  • Grafoman

    Znam ja ci takie dni. Niezbyt za sobą przepadamy,ale jesteśmy już trochę jak stare dobre małżeństwo – niby się żremy, ale jednak się kochamy. Ty taki dzień nazywasz sobotą, ja go nazywam po prostu dniem. I też jest fajnie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.